Kombiwar

Zakupiłem kombiwar. Rzecz ciekawa, bo to połączenie piekarnika, mikrofalówki i… nie wiem czego jeszcze. Niewielki (rozmiarowo, bo pojemność ma niezłą) szklany pojemnik, na górze pokrywa z pokrętłami, dwa rodzaje rusztów (niski i wysoki), koszyczek na jarzyny i kilka szpadek do szaszłyków. Do tego instrukcja obsługi w kilku językach, poradnik dla początkujących, który się tak ma do rzeczywistości jak oko ku tylnej części ciała, czyli nic w nim pożytecznego nie ma, oprócz kilku bardzo ogólnych uwag dotyczących użytkowania owego urządzenia. Przekopałem zatem zasoby internetowe w poszukiwaniu przepisów pasujących do ustrojstwa, a że niewiele znalazłem, więc zaczęliśmy z dziewczynami eksperymenty.

Początki jak zwykle były trudne, najsampierw przygotowałem kuraka. Macerowało się ptaszysko w przyprawach całą nockę, po czym wylądowało w owym zagranicznym ustrojstwie i się zaczęło. Piekło się i piekło, i się diabelstwo nie dopiekło w środku. Surowe nie było, zjeść się dało, acz surowizną zalatywało i trzeba było jeszcze raz do gara wstawić. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że ptaszysko miało ponad 3 kg i źle dobrałem czas pieczenia do wagi wsadu. Na drugi ogień poszła karkóweczka. Również odleżała swoje w macerce, odpoczęła później w temperaturze pokojowej, aby mięsko szoku nie dostało (nie przepadam za mięsem, które od razu po wyjęciu z lodówki, ląduje w piekarniku), ustawiłem, nauczony przejściami z kurakiem, temperaturę i czas kombiwara, włączyłem i… To samo co przy kurczaku. Karczek miał około półtora kilo i pomimo tego, iże z wierchu wyglądał bardzo apetycznie, to po nakłuciu ciekło z niego na czerwono. Niestety mięso wyschło, acz po kilku próbach z czasem i temperaturą zjadliwe było. Następne były drobiowe szaszłyki. Prosta rzecz, bo to kurza pierś, lekko zamacerowana w przyprawach zmieszanych z oliwą z oliwek, ponabijane toto na zmianę z papryką, pieczarkami i cebulką, pokropione oliwą i upieczone w ustrojstwie. Po owym Żoninym eksperymencie odzyskałem wiarę w owo ustrojstwo, bo szaszłyczki były rewelacyjne. Mięso doskonale upieczone, a przy tym nie rozciamkane jarzyny. Po drodze były kiełbaski z rusztu, niezłe, acz po wstawieniu do środka naczynia żaroodpornego z odrobiną smalcu były jeszcze lepsze, zapiekane jarzyny i wreszcie rybki z folii. Z owymi rybami to w ogóle były mecyje okrutne, miały one bowiem być zrobione w jak najbardziej tradycyjny sposób, czyli panierka i na patelnię, ale że się nie rozmroziły, więc trzeba je było jakoś inaczej zrobić, bo i pora była późnawa i jeść się chciało okrutnie. Przypomniałem sobie przepis na pstrąga w folii i takoż żeśmy filety uskutecznili. Lekko osolone i doprawione pieprzem, mieloną ostrą papryką i sokiem z cytryny (to ostatnie trzeba bardzo delikatnie, żeby nie przekwasić) zawinąłem w folię aluminiową, tworząc zgrabne pakieciki i do kombiwara. Temperatura 180 C, czas 15 minut, po czym folię trzeba rozwinąć (nie zdejmować, bo cała dobroć z rybek ucieknie) i jeszcze 10 minutek. Rybeńki wyszły delikatne, nie wysuszone, aromatyczne, paluchy oblizywać ino. Jedyne o czym trzeba pamiętać, to to, żeby przy zawijaniu ryby zrobić z folii torebkę, w innym przypadku zamiast jędrnego kawałka, wyjdzie rozciapkane coś.
Takoż po kilku miesiącach użytkowania kombiwara i eksperymentowania z nim stwierdziłem, że nie taki diabeł straszny jak go malują, w kącie (jak na forum prorokował MAX) nie wylądował, bublem, ani gadżetem nie jest i, co najważniejsze, ma bardzo dużą zaletę, prawie wszystkie elementy można umyć w zmywarce. Po za tym szybciej się nagrzewa niż piekarnik, ma większy zakres temperatur* i (podobno, jeszcze nie próbowałem) można w nim nawet ciasto upiec.

*Wiem, że w nowych piekarnikach są takie same zakresy temperatur jak w kombiwarze, ale ja porównuję go do naszego starego i mało poczciwego piekarnika, który nadaje się już tylko i wyłącznie do wymiany, a że ustrojstwo było zdecydowanie tańsze, więc po konsultacjach z moją lepszą połową zdecydowałem się na zakup tego ostatniego.

Podobne wpisy

Artur

Naczelny administrator i właściciel całego bałaganu.