Mielone, czyli dlaczego nie jadę na Seszele

Jako, że po ostatnich perturbacjach ze zdrowiem, a dokładnie z uzębieniem, nie mogę jeść nic twardego, takoż i wymyślam różne paciajki. Dziewczyny się nawet specjalnie nie krzywią, bo owe ciućpajsy robię tak, coby były zjadliwe. Teraz będzie przykład. Pewnego pięknego dzionka, działo się to w czasie mojego pobytu na szpitalnym oddziale, usłyszeliśmy miły dla ucha klekot wózka z żarełkiem. Niestety większość (a było nas wtedy 4), nie bardzo mogła jeść, takoż z nadzieją patrzyliśmy, co też nam pani na talerze nałoży. Ku mojemu zdziwieniu, z garnka wyłonił się gołąbek (dla nie wiedzących: nadziewany liść kapusty), którego to pani polała całkiem zjadliwym sosem pomidorowym. Nic szczególnego by nie było gdyby nie dodatek ziemniaków do owego gołąbka. Takiego zestawienia jeszcze nie widziałem, acz było toto nawet zjadliwe.
Przejdźmy jednak do rzeczy, czyli tytułowego mielonego.

Wracając z lekarskiej kontroli, wstąpiłem po drodze do mięsnego, bo jakoś nie miałem koncepcji co do obiadu, a dokładnie drugiego dania. Kiedy doszedłem do lady (a kolejka była dosyć spora) pani wytachała z zaplecza michę ze (chyba) świeżo zmielonym karczkiem. Zakupiłem więc 40 deko z mocnym postanowieniem uskutecznienia mielonych kotletów, ale… jak to u mnie w zwyczaju od postanowienia do wykonania droga daleka , takoż i w tak zwanym „międzyczasie” nabyłem pieczarki w ilości deków 30, a resztę ingrediencji do wykonania sosu miałem w lodówce. Sos, ponieważ wymyśliłem sobie klopsiki, ale…

Właśnie, u mnie zawsze jest jakieś ale. Mięsko miałem zmielone i właściwie nie było by sprawy gdyby nie pewien drobiazg. Zachciało mi się dodać normalną bułkę, zamiast bułki tartej, a do tego nie jestem przyzwyczajony i wyszedł ciućpajs doskonały. Nawet po odstaniu mięsa, klopsów nie szło uformować, bo masa była zbyt „lejąca”. Na wszystko jednak jest sposób, zamiast wsadzić wsio do gara i smażyć, wrzuciłem gotowe klopsiki (raczej kotleciki) na patelnię i obsmażyłem lekko z obu stron.

W trakcie smażenia przygotowałem sos, cieniutko pokrojone pieczarki wrzuciłem na rozgrzane masło (trza uważać coby się nie przypaliło, znaczy masło nie pieczarki), dodałem posiekaną cebulkę i przyrumieniłem leciutko ze szczyptą (mniej więcej dwa czubki noża) mielonej ostrej papryki. Kiedy się wszystko zrumieniło wywaliłem pieczarki z cebulką na talerz, a do garnka wlałem tłuszcz ze smażenia pulpetów. Teraz clou programu, czyli robienie sosu. Jako, że pieczarki z cebulą i pulpety (mielone?) były na osobnych talerzykach, a w garnku oprócz masła ze smażenia pieczarek był również smalec, na którym smażyłem pulpety, wystarczyło wsypać mąkę (mniej więcej łyżka), delikatnie zrumienić i wlawszy szklankę mleka mieszać dokładnie, coby się grudy nie porobiły.

Gdy sosik był gotów, wrzuciłem do niego pulpety i (obowiązkowo na płytce, inaczej się przypali) poddusiłem wszystko około 10 minut. Teraz wystarczyło wyłożyć na talerz „uklane”, czyli utłuczone na miazgę, ziemniaczki, polać sosem, obok dać pulpety, a do miseczki ćwikłę (kupioną w sklepie, bo mi się robić nie chciało) i danie gotowe.
Rzecz warta polecenia bo i niedrogo, i w miarę szybko. Danie takie jak Sąsiadowe zapiekane bułeczki.

Teraz będzie o Seszelach. Wcześniej napisałem w komentarzu, że jeżeli nie mogę (a nie mogę) pojechać na Seszele względnie inny Barbados, więc sobie w inny sposób życie umilę. A umilam sobie uskuteczniając różne potrawy, bo na to mnie stać, a jedząc je wyobrażam sobie dalekie kraje, w których na pewno nie będę, bo kasiurki mi brak i nie zanosi się na poprawę.
Czego sobie i wszystkim nie życzę.

P.S.
Wreszcie po długich, a ciężkich i coby nie było, że nie zrobiłem:

Podobne wpisy

Artur

Naczelny administrator i właściciel całego bałaganu.