Przetwory domowe, czyli wekowanie czas zacząć

Tytuł lekko nieadekwatny do czasów, bo przecie któż teraz weków używa, ale że czas jak najbardziej odpowiedni, trzeba coś o zaprawianiu napisać. W naszym uroczym zakątku, „Uwrociem” zwanym robota wre na całego. Śliwek dostatek jest, winogrona (na nie jeszcze jest czas) dojrzewają w iście śródziemnomorskim słoneczku, a i jabłuszek trochu z przydomowego ogródka też będzie. Jak by komu mało było, to zawszeć można do sklepu skoczyć, jarzynek różnistych przytargać, aby je potem w słoikach poukładawszy na zimę zakonserwować. Żałuję tylko ogromnie, żem sobie (z lenistwa niestety) ogóreczków przecudnej urody na zimne dni nie zakisił, a było ich w tym roku, oj było. To co Mateńka zrobili już dawno przerobione zostało na zakąskę do napojów mocniejszych. Zastanawiam się też nad pomidorkami, tylko że do ich ususzenia toskańskie słoneczko jest potrzebne, a czy u nas się to uda, nie wiem.

Wczoraj moje córki zmusiły mnie do pracy, znosząc do kuchni dwa kosze śliwek, które to przerobiły własnoręcznie na kompoty i powidła. Ja ograniczyłem się tylko do zakręcania słoików i kilkakrotnego przemieszania powideł. Jako, że nie chciało im się stać przy garnku kilka dni, zastosowaliśmy cukier żelujący. Chyba kapku mało dołożyłem, ale smakowo są wyborne, lekko kwaskawe, z tą charakterystyczną winno-wytrawną nutką. W sam raz do nadziewania naleśników (jeszcze tak polać dobrą śliwowicą i zapiec, mniam), pierników, lub innych ciast, czy wreszcie na kromeczkę świeżutkiego chlebusia z masełkiem. Rozmarzyłem się normalnie, ale takie coś ostatnio robiła moja świętej pamięci Babcia.

Na dzisiaj dziewczyny zaplanowały konserwowanie papryki. Po przekopaniu się przez kulinarne księgi (a trochu tego mam) znalazły przepis, który im (zwłaszcza Żonie) zasmakował w czytaniu i postanowiły go uskutecznić w praktyce. Relacja wkrótce, pod warunkiem, że im wyjdzie. Przed wczoraj znowu, przyniosły z ogrodu spory pojemnik aronii, którą postanowiliśmy z Małżonką spożytkować dla celów „leczniczych”. Cierpkie toto okrutnie, w smaku jakieś takie żelazisto-trawiaste, ale ponoć naleweczka wyborna wychodzi. Poradzono nam, aby je wcześniej przemrozić, co i uczynione zostało. Pojemnik wylądował w zamrażarce na kilkanaście godzin, po czym przełożyłem owoce do słoja, zasypałem cukrem i na parapet. Powinny tak stać do dwóch tygodni, chyba że słońce przypraży, to krócej.

Po tym czasie trza je z soku odsączyć, zalać wódką i znowu na parapet, na kolejne dwa tygodnie. Żeby sok się nie zepsuł, trzeba go wymieszać ze spirytusem i odstawić w ciemne i chłodne miejsce. Na koniec miesza się wszystko ze sobą, jakby było za mocne rozrabia się wodą i na minimum 3 miesiączki do piwniczki, coby dojrzało. Czy to tyle wytrzyma nie wiem, ale receptura prawie moja. W kolejce czekają jeszcze pigwy, acz co z tego wyjdzie… Sie łobocy- jak mawia znajomy Gazda. Z mniej „procentowych” wyrobów,  myślę uskutecznić „Solankę z włoszczyzny”, w sam raz do zimowych zup i jakieś ziołowe oliwy, bo szkoda tego wszystkiego co rośnie na grządce.
Jak wspomniałem wcześniej robota wre nie tylko u nas, ale również u sąsiadów, ale o tym (mam nadzieję) napiszę później.

Podobne wpisy

Artur

Naczelny administrator i właściciel całego bałaganu.