Talerz zupy.

Szaro, smutno i nijako się zrobiło dookoła. Dni coraz krótsze, samopoczucie pod psem (dół za dołem i dołem pogania), a na dodatek drugi dzień leje. Nic tylko skoczyć do sklepu, kupić flaszkę i urżnąć się w trupa, na dokładkę na smutno. Fest optymistyczne perspektywy, nie ma co. W takich momentach są dwie rzeczy trzymające mnie przy życiu: piwo i dobra zupa.

Piwo, wiadomo, nigdy nie jest złe, sorki, było (albo i jeszcze jest) kiedyś piwo, które się nazywało (nazywa??) “Zamkowe”. OKROPIEŃSTWO!!! Pierwsze na siłę, drugie ledwo- ledwo, dopiero trzecie wchodziło jako tako. Potem to już było “wsio ryba”. Ale nie o tym chciałem, tylko o zupie. Teoretycznie każda zupa to mniej lub więcej, gotowanej wody z jakimś ochłapkiem w środku, z jakimiś jarzynami i mniejszą, lub większą odrobiną przypraw. Tyle teoria, bo praktycznie… Właśnie, praktycznie co gospodyni to inny rosół, pomimo jednego tylko na ów rosół przepisu. A kapuśniak? W każdym miejscu Polski ma inny smak, co tam smak, on ma inną nazwę. Bo przecież (przepraszam Górali) kwaśnica to też odmiana kapuśniaku i to jaka. Najlepsza jest kwaśnica na świńskim ryjku, z krojonymi w kostkę ziemniakami, tak gęsta, że łyżka stoi. I tu właśnie dochodzimy do sedna sprawy. W odróżnieniu od zup letnich, które to są chłodne i zazwyczaj cieniutkie, zupa zimowa ma być gorąca, gęsta i aromatyczna, jak na przykład krupnik z jarzynami na wieprzowych żeberkach, zabielany 36% śmietaną, względnie żur z ziemniakami lub jajkiem (lub jednym i drugim, ale takiego melanżu nie preferuję) gotowany na solidnym kawałku dobrze wywędzonego boczku. W ostateczności może być i drobiowy bulionik, najlepszy na kurzych skrzydełkach, leciutko zezłocony dodaną na koniec sproszkowaną papryką, zaserwowany z makaronem, lub grysikowymi kluseczkami (o szpikowych nie wspomnę, bo gdzie dziś można spotkać dobrze wypreparowany szpik wołowy), lub, ale to już w ostateczności, z lanym ciastem. Albo barszcz czerwony, na wywarze z wędzonych kości (najlepsze z wieprzowego schabu), zabielony gęstą, kwaśną śmietaną z dodatkiem uszek, względnie innych pierożków z mięsnym nadzieniem. A grzybowa z łazankami lub makaronem, ale z leśnych prawdziwków, lub borowików, a nie namiastka gotowana z dodatkiem pieczarek, z grubymi rurami makaronu.
I można by tak bez końca, bo przecież każdy z nas ma jakąś swoją ulubioną zupę, którą, nawet nie umiejąc jej przygotować, uwielbia jeść. Bo przecież na tym polega radość życia.

Podobne wpisy

Artur

Naczelny administrator i właściciel całego bałaganu.