Walentynki, czyli „hamerykanskie” święto.

Nie wiem dlaczego, ale 14 luty kojarzy mi się z pierwszą kobietą w kosmosie. Pewnie przez zbieżność imion. Tu Walenty, tam Walentyna, w każdym razie jakoś się to święto u mnie nie przyjęło, pewnie z przekory. Wszystkie media chcą dostać wścieku, handlowcy zacierają łapki z radości, a młodzież wysyła różne dziwne życzenia. W witrynach pełno papierowych serduszek, kioski pękają w szwach od walentynkowych kartek, a gazety tryskają czerwienią jak 1-szo majowy pochód. Jednym słowem udało się Amerykanom komunistyczne święto. Dobra, po tym przydługim wstępie przejdźmy do sedna. Dzisiaj coś na słodko, bo drodzy Panowie, nic tak nie rozgrzewa serca kobiety jak dobry, ładnie podany i w dodatku średnio kaloryczny deser. Rzecz jest banalnie łatwa w wykonaniu i nawet ten, który potrafi jedynie wodę zagotować jest w stanie to zrobić. Najtrudniejsze w tym wszystkim jest ubicie śmietany, acz można pójść na łatwiznę i kupić gotowca w aerozolu. Słodkość owa nazywa się „Brzoskwiniowy deser”, a przepis znalazłem w ściennym kalendarzu.

Trudno mi będzie podać dokładne proporcje, bo po pierwsze – recepturę przestudiowałem tylko raz, a po drugie – jak większość potraw, robiłem to na „oko”. Jak zwykle przygotowania rozpoczynamy od zakupów. W dzisiejszych czasach odradzam wizyty w supermarketach z przyczyn oczywistych. Zresztą z własnego doświadczenia wiem, że najlepiej kupuje się w niewielkich, osiedlowych sklepikach. Nie ma co prawda promocji, ale pracujące tam Panie nadzwyczaj szybko zapamiętują częstych gości i jeżeli posiada się dar tak zwanego „bajeru”, można liczyć na lepsze kąski i dobrą radę („Pan tego nie bierze, to wczorajsze”). Jak napisałem, idziemy do sklepu i nabywamy: puszkę ananasa w plastrach, puszkę brzoskwiń, kubeczek 30% śmietany (albo pojemnik z gotowcem), kilka mandarynek i 2-3 owoce kiwi. Tak zaopatrzeni przystępujemy do działania. Najpierw odsączamy owoce (oczywiście po uprzednim otwarciu puszek). Potem dwie połówki brzoskwini kroimy w drobną kostkę. Schłodzoną śmietanę ubijamy z łyżeczką cukru pudru na sztywno i mieszamy z pokrojonymi brzoskwiniami. Dobrze jest dodać żelatynę, lub śmietanfix, wtedy dłużej się trzyma. na talerzykach (ich ilość zależy od liczby jedzących) układamy plaster ananasa, na nim połówkę brzoskwini, miejsce po pestce wypełniamy śmietaną, na to wszystko kładziemy cząstkę mandarynki, a obok dwa cienkie plasterki obranego kiwi i gotowe.
Co prawda w oryginale na wierzchu były truskawki, ale o tej porze roku są strasznie papierowe i bez smaku. Efekt natomiast gwarantowany, przetestowałem na swoich Paniach (mam trzy) i pomimo ich wybredności i prostoty potrawy, wszystkie chwaliły.
Czego i Wam, Panowie, życzę

Podobne wpisy

Tagi:

Artur

Naczelny administrator i właściciel całego bałaganu.