Wojna z zakwasem, czyli rzecz o pieczeniu chleba

Dzisiaj nie będzie przepisu, ale opowieść o pieczeniu chleba. Nie, nie mam zamiaru zanudzać nikogo historią piekarnictwa, ale opiszę nasze z chlebusiem zmagania. Koleżanka Małżonka stwierdziła, że skoro mamy „swojską” wędlinkę, to przydałby się do tego takiż chlebek.

Rzuciłem się więc do przekopywania przepastnych zasobów Internetów, aby znaleźć w miarę prosty i przystępny sposób zrobienia zakwasu. Jak już odkryłem, jak ów specyfik uskutecznić, to się do tego uskuteczniania zabrałem. Rzecz jest faktycznie prosta jak konstrukcja cepa (chłopi ponoć mówią, że coś jest proste jak zrobienie prezentacji w Power Poincie), chociaż nikt nie napisze, że proporcje mąki i wody to 1 : 1. Znaczy jedna część mąki na jedną część wody.

Nastawiłem zakwasik, czyli nasypałem do słoja 1/3 szklanki mąki zalanej 1/3 szklanki letniej wody, wymieszałem dokładnie, przykryłem gazą i czekałem. Na drugi dzień rano Koleżanka Małżonka słój przemieszała (tak stało we wszystkich recepturach), a ja wieczorkiem czynność powtórzyłem, czyli mąką, woda, przemieszać, przykryć i odstawić.

Bawiliśmy się tak przez dni 5, aby w końcu zabrać się do robienia chleba. Zakwasik woniał przecudnie, acz niezbyt pięknie, ale we wszystkich przepisach stało, że tak ma być. Zmieszaliśmy wszelkie potrzebna ingrediencje, napełniliśmy specjalnie do tego zakupione foremki i… Znowu czekanie.

Niestety chleb żytni na zakwasie ma to do siebie, że się go strasznie długo robi, a właściwie czeka na produkt finalny. Z rana samego piec został włączony, po chałupie rozszedł się niebiański wręcz aromat (kto kiedykolwiek piekł chleb, ten wie o czym jest napisane) i…

Nie mogę powiedzieć żeby był zły, ale siakiś taki… No cóż, pierwsze koty za płoty. Chleb został skonsumowany i okazało się, że smakuje lepiej niż wygląda, a resztka zakwasu, po przykryciu gazą, wylądowała w lodówce. I to był błąd! Zapomniałem, że wszędzie pisały (bo to Panie), że trza go przelać do czystego i wyparzonego słoika, a jam tego nie uczynił i zakwas skisł.

Niestety o tym przekonałem się dopiero po upieczeniu następnego chlebka, który nijak się zjeść nie dało i… Nastąpiło podejście trzecie, jak na razie najbardziej udane. Jeżeli eksperyment uda się powtórzyć pojawi się przepis i zdjęcia.

Teraz trochu poważniej (chyba). Zakwas naprawdę robi się bardzo prosto, trzeba tyko przestrzegać trzech zasad:

Pierwsza – pół szklanki mąki zalewamy zawsze połową szklanki letniej, przegotowanej wody. Proporcje można oczywiście zmienić. Nam najlepiej wychodzi zakwas „mieszany”, czyli na 2 łyżki mąki żurek daję 2 łyżki mąki żytniej pełnoziarnistej.

Druga – słoik (garczek, kubek – wsio ryba) zawsze stawiamy w ciepłym miejscu i przykrywamy gazą, kawałkiem ściereczki, albo innym gałgankiem. Nasz najlepiej „idzie” na zmywarce koło komina.

Trzecia – nigdy, ale to przenigdy nie zostawiamy zakwasu w tym samym słoiku w lodówce, bo go ślag trefi i skiśnie. Przed włożeniem do lodówki trza go przelać do czystego i wyparzonego słoika.

Jak zwykle u mnie zacząłem o pieczeniu skończyłem na zakwasie, ale mam nadzieję, że się komuś ta moja pisanina przyda i rozpocznie swoją przygodę z domowym chlebem.

P.S.

Chlebek ze zdjęcia nie jest nasz, ale wygląda podobnie. Ten trzeci też tak wyrósł.

Tagi:

Artur

Naczelny administrator i właściciel całego bałaganu.